W największym skrócie – przychodzimy się wytłumaczyć, czemu przyzwyczailiśmy Was do piątkowych spotkań z Fonolą, a teraz ich zabrakło (a wpis ten publikujemy i tu, i tam).

Czemu nie ma nowej Fonoli?

Zabrakło podstawowego czynnika. Czasu. Gdy uruchamialiśmy we wrześniu Fonolę, trochę w ramach romantycznego zrywu na początek nowego sezonu wydawniczego, postawiliśmy sobie poprzeczkę nieco za wysoko. Idea – tak, wykonanie i terminy – nie. Ostatnie tygodnie pokazały to dobitnie. Co prawda nie widać tego jeszcze, bo końcówka roku wygląda u nas dość spokojnie, ale potwierdzone już projekty na przyszły rok mnożą się w tempie, które zaskakuje nas samych. Dlatego brakuje czasu na to, by Fonola pojawiała się w takiej formule i na takim poziomie, jaki byśmy chcieli.

Co zamierzamy z tym zrobić?

Posypać głowy popiołem i przeprosić, że Was rozpuściliśmy na krótką chwilę, a teraz od tego pomysłu uciekamy. Prawdopodobnie nie na zawsze – rozważamy kilka innych scenariuszy dla tego pobocznego projektu, ale nie chcemy pisać o szczegółach, żeby nie zapeszyć i nie obiecywać na zapas. Póki co – wracamy do regularnych newsów na naszej stronie i tego co najważniejsze – robienia płyt. A już teraz wiemy, że pierwsze trzy miesiące 2019 r. zapowiadają się bardzo kolorowo.

Co na otarcie łez?

Duży, ważny anons w najbliższy piątek na dobry start. Jeszcze w tym roku pierwszy z czterech winyli z radiowymi nagraniami SBB i Zygmunt Wichary na dziesięciocalowym krążku. Będzie też reedycja „Sondy” i bardzo świąteczna płyta, o której (ale nie tylko o niej) w piątek w owej dużej i radosnej wiadomości. W styczniu będą dwa tytuły na karnawał oraz trochę muzyki filmowej i wrocławskiego jazzu sprzed 35 lat.

Przepraszamy za usterki. Obiecujmy poprawę. I pomarańczowe gaje.

GAD-y